Jan Holoubek: film "Dziki, dziki Wschód" wciąż aktualny
Reżyser otwarcia 51. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni mówi w Festiwalowym Studiu Onetu, że o Holokauście i nienawiści trzeba przypominać, bo problemy pozostały te same.
Film „Dziki, dziki Wschód” Jana Holoubka otworzył 51. Festiwal Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. Jak podaje Onet, reżyser był gościem Festiwalowego Studia Onetu, gdzie mówił o tym, dlaczego opowieść o przeszłości okazała się zaskakująco aktualna.
Akcja filmu rozgrywa się w mroźną zimę 1943 r. w sennego miasteczka na wschodzie Polski. Spokój Małego Zalesia burzy przyjazd Wolffa, tajemniczego urzędnika z Berlina, który nie zdradza powodów swojej wizyty. Wkrótce pojawiają się pogłoski o zaginionym złocie, a wraz z nimi nieufność, strach i podejrzenia. Holoubek opowiada tę historię w konwencji polskiego westernu, łącząc kryminalną intrygę z opowieścią o Zagładzie, przemocy, uprzedzeniach i podziałach między ludźmi.
Scenariusz pisany przed aneksją Krymu
Reżyser przyznaje, że gdy scenariusz powstawał, traktował go przede wszystkim jako historię o przeszłości. Zwraca uwagę, że tekst napisano jeszcze przed rosyjską aneksją Krymu, a dziś rozmowy o Ukrainie i jej pozycji wobec silniejszego sąsiada brzmią zupełnie inaczej. Zapytany o sens robienia filmu o Holokauście w tym momencie, odpowiada: „Trzeba cały czas o tym przypominać”.
Holoubek podkreśla, że mimo upływu ponad 80 lat problemy pozostały te same. Wskazuje na wzrost skrajnie prawicowych i nacjonalistycznych ugrupowań w Europie i w Polsce oraz na podziały pod sztandarami populizmu, które sieją nienawiść. Jego zdaniem Europejczycy zapomnieli lekcji drugiej wojny światowej. Zastrzega jednak, że nie uważa się za artystę misyjnego — wierzy, że kilka osób po obejrzeniu filmu może zmienić poglądy. Zależy mu zwłaszcza na młodej publiczności, do której chce dotrzeć poprzez formę łączącą poważny temat z gatunkową zabawą: elementami westernu, humorem i skojarzeniami z kinem Quentina Tarantino.
„Przez ścianę” — miłość wystukana alfabetem Morse’a
W Festiwalowym Studiu Onetu sporo miejsca poświęcono też filmowi „Przez ścianę” Macieja Sobieszczańskiego. To oparta na prawdziwej historii opowieść o kobiecie osadzonej w stalinowskim więzieniu, która nawiązuje kontakt z mężczyzną z celi po drugiej stronie ściany. Rozmawiają za pomocą alfabetu Morse’a — widz długo nie wie, kto znajduje się po drugiej stronie, nie słyszy tradycyjnych dialogów, tylko stukanie, ciszę i oczekiwanie. Jak przypomniano, Wiesława Pajtak i Jerzy Śmiechowski porozumiewali się przez ścianę więzienia, a po wyjściu na wolność spotkali się i pozostali razem przez 50 lat.
Dyskusja dotyczyła także tak wymagającego kina i tego, czy znajdzie ono publiczność. Zwrócono uwagę, że tegoroczną laureatką Platynowych Lwów została 97-letnia montażystka Helena Prugacz-Kettling, która pracowała przy filmach m.in. Aleksandra Forda, Andrzeja Wajdy, Romana Polańskiego i Jerzego Skolimowskiego.
Co to oznacza w praktyce
Dla widzów w Polsce to przede wszystkim informacja o tym, co warto obejrzeć w najbliższych tygodniach i o czym dyskutuje się na gdyńskim festiwalu. Oba filmy podejmują trudne tematy historyczne, ale robią to w nietypowej formie, więc nie każdemu przypadną do gustu.
- Repertuar kin — premiery festiwalowe trafią do dystrybucji po Gdyni, warto śledzić repertuary lokalnych kin i platform.
- Rozmowa publiczna — temat nacjonalizmu, podziałów i historii wraca przy okazji takich filmów; to okazja do rozmowy, także z młodszymi.
- Kultura w praktyce — festiwal pokazuje, że nagradzani są nie tylko reżyserzy i aktorzy, ale też montażyści, co przypomina o pracy całych ekip filmowych.
Źródło
Tekst opracowany przez redakcję na podstawie źródła, nie jest jego tłumaczeniem. Widzisz błąd? Napisz do nas.